Conan Barbarzyńca

Mamy kreta. Od dwóch tygodni kopie tunele pod naszym mikroskopijnym ogródkiem i strasznie mnie irytuje. Na razie „warzywniak” (120 cm na 120 cm) ocalał, ale drań jeden kilkukrotnie wykopała się wśród ziół niszcząc co niektóre. Stad jego imię – Conan. Odstraszamy go wywarem z czosnku niczym wampira i preparatem zapachowym przeciwko kretom. Mimo, że na papierze „zamordowałam” już parę osób, to kreta wolę wygonić, niech sobie żyje gdzieś indziej, gdzie nie będzie przeszkadzał.

Trawnik w ruinie. Piszę na werandzie i zerkam, czy przypadkiem gdzieś się nowy kopiec nie zaczyna pojawiać.

 

 

 

Epidemia w „Ciele poniekąd ponętnym”

Akcja w powieściach cyklu z Alicją i Julią dzieje się na wakacjach lub feriach zimowych. Jest to związane z zawodem bohaterek i miejscami akcji (nie jest to miejsce zamieszkania dziewczyn). Nauczycielki nie mogą wziąć urlopu kiedykolwiek, więc wykorzystuję wakacje i ferie zimowe. W przypadku ‚Ciała poniekąd ponętnego” czas akcji przypadł na zeszłoroczne wakacje. Pandemiczne. W maseczkach, z płynami antywirusowymi i wszelkimi obostrzeniami. Covid był (i niestety jest) obecny w naszym życiu, więc i w najnowszej powieści z Alicją i Julka. Bałam się trochę, czy przypadkiem nie przysłoni reszty, ale nie 🙂 Pojawiły się już pierwsze recenzje, czytelnicy podczas lektury nie czują się osaczeni przez koronę. Cieszę się bardzo 🙂

PREMIERA!

To moja dziewiąta powieść, czwarta z Alicją i Julką 🙂 Jak zwykle nie mogę się doczekać chwili, gdy trafi w ręce czytelników.

Ciało poniekąd ponętne

Dokładnie za miesiąc, 12 maja, będzie miała premierę moja czwarta powieść z serii z Alicją i Julką. Czekam tak, jak na poprzednie i to się chyba nie zmieni.

Wcześniejsze to

„Zwłoki powinny być martwe”

„Wakacje z trupami”

„Zimne nóżki nieboszczyka”

Jak zapewne zauważyliście, w każdym tytule jest określenie dotyczące człowieka, który nie żyje. Jeszcze trochę tych słów jest 😉

 

Czwartek ze zbrodnią – morderstwo z 1936 roku (Gdańsk)

Dzisiaj zabieram Państwa do przedwojennego Gdańska.

W kamienicy przy ulicy Stiftswinkel mieszkała starsza samotna kobieta, wdowa Weronika Felstan. Mimo wieku, była żwawa, wesoła i pełna życia. Krzątając się po mieszkaniu podśpiewywała i gdy któregoś dnia zapanowała cisza sąsiedzi poczuli się zaniepokojeni. Początkowo myśleli, że jest chora, jednak gdy cisza przedłużała się, a o wyjeździe na święta wielkanocne nikt nie słyszał, zawiadomiono do brata kobiety. Mężczyzna przyjechał natychmiast, a jako ślusarz bez większych problemów sforsował drzwi. Już myślał, że mieszkanie jest puste, ale znalazł siostrę w ostatnim pomieszczeniu, w łazience. Kobieta była martwa i leżała w kałuży krwi. Na szyi miała zaciśnięty skórzany pasek. Natychmiast wezwano policję

Śledztwo prowadził komisarz Pokrzywnicki. Wstępne orzeczenie lekarskie jako datę śmierci wskazało Wielką Sobotę 1932 roku, po południu, o jako bezpośrednią przyczynę śmierci podawało złamanie podstawy czaszki.

Mieszkanie było splądrowane, ale trudno było określić, czy coś zginęło, ponieważ nikt dokładnie nie wiedział, co było w mieszkaniu starszej pani. Wkrótce odkryto, że nie ma pieniędzy, a podobno wdowa miała odłożoną pewną sumę na swój pogrzeb i w związku z tym komisarz przyjął, że najprawdopodobniej było to mord rabunkowy. Wdowa dostawała też rentę po mężu, co mogło dodatkowo skusić mordercę, bo wszystko wskazywało na to, że wiedział, kiedy listonosz przynosi kobiecie pieniądze. W wyniku rozmów ze świadkami komisarz doszedł do wniosku, o tym kiedy Weronika Felstan dostaję rentę najlepiej wiedzieli sąsiedzi. Najprawdopodobniej to właśnie wśród nich trzeba było szukać mordercy.

Dwóch pierwszych, wydawałoby się dobrze pasujących podejrzanych, wykazało się niepodważalnym alibi. Kolejny sąsiad był zadłużony, pożyczał od wdowy pieniądze, a na chwilę zabójstwa nie miał alibi, chory leżał w łóżku. Niestety to też był błędny trop.

Kto zatem zabił starszą panią?

Czasem o powodzeniu dochodzenia decyduje chwila. Podczas kolejnej wizji lokalnej policjanci zorientowali się, że nie tylko sąsiedzi mogli widzieć, kiedy przyszedł listonosz. Wnętrze mieszkania zamordowanej widoczne było z kamienicy naprzeciwko. Do listy potencjalnych sprawców doszli ci mieszkańcy tego domu, którzy mieli wgląd do mieszkania starszej pani. Co ciekawe alibi dla pierwszego podejrzanego, mężczyzny który zdawał się spełniać wszystkie warunki była… lipa. Rozłożyste konary zasłaniały widok z jego pokoju.

Uwagę komisarza zwrócił mężczyzna, który z kamienicy naprzeciwko, z pokoju z doskonałym widokiem na mieszkanie wdowy, wyprowadził się tuż po morderstwie. Już samo zniknięcie tak dobrze zsynchronizowane ze zgonem było podejrzane. Niestety mężczyzna zniknął, wyjechał z Gdańska. W śledztwo została zaangażowana polska policja, która dokonała zatrzymania. Podejrzany długo nie przyznawał się do winy, na szczęście gdańska policja znalazła jego zakrwawiony płaszcz. Wobec takiego dowodu morderca skapitulował.

Przyczyną morderstwa, tak jak już na początku podejrzewał komisarz, był rabunek. Młody mężczyzna potrzebował pieniędzy, bo nie miał za co kupić obrączek i zdecydował się zdobyć je w ten sposób. Twierdził, że nie chciał zabić. Sąd uwzględnił to i morderca trafił do więzienia z wyrokiem 15 lat ciężkich robót.

Jak jednak jest możliwe, że uderzając kilkukrotnie w głowę, aż do złamania podstawy czaszki, a potem dusząc paskiem ofiarę sprawca nie chciał jej zabić? Co innego ogłuszenie w celu pozbawienia przytomności, co innego wielokrotne silne ciosy i duszenie. To było brutalne morderstwo.

 

Zapowiedź nowej powieści

Przed wakacjami do rąk czytelników trafi kolejna część z Alicją i Julką. Tym razem dziewczyny będą prowadziły śledztwo w trudniejszy warunkach, po podczas epidemii, która ogranicza swobodne kontakty.

Tytuł: „Ciało poniekąd ponętne”

A okładka prezentuje się tak:

Jakby tu się sklonować

Serio. Bo znowu zaniedbałam stronę. Po prostu brakuje mi czasu. Pracuję na etacie, a potem piszę. Do tego dochodzą rozmaite rzeczy promocyjne, spotkania on line i życie prywatne.  Doba ma 24 godziny, a tydzień 7 dni i nie chce być inaczej.

Ale po raz kolejny postanowiłam się poprawić…

Zima atakuje

Nie lubię zimy. To znaczy nie lubię zimna, nie lubię mieć na sobie grubej warstwy ciuchów, i brnąć po kolana w śniegu w drodze z pracy do domu.

Lubię jednak białe połacie śniegu. Kuszą. Kuszą tak bardzo, że po raz pierwszy od jakiegoś czasu zrobiłam w śniegu orzełka.

Zupełnie jak jedna z bohaterek w „Zimnych nóżkach nieboszczyka” 🙂