Miejsce pracy

Jednym z najczęściej zadawanych na spotkaniach autorskich pytań jest to dotyczące miejsca pracy. Wiadomo, że autorzy mają swoje nawyki i przyzwyczajenia, a niektórzy nawet, nie bójmy się tego słowa, obsesje związane z miejscem, w którym piszą. Nie wszyscy mają gabinety, w których mogą ukryć się przed całym światem, pogrążyć w snuciu fabuły i przelewaniu historii na papier (no dobrze, na laptopa), więc chociażby z tego powodu występuje zróżnicowanie. Czy jest jakiś przepis na to, jakie powinno ono być? Nie ma i nie zgodzę się z nikim (nawet ze Stephan’em Kingiem), że jest inaczej. Powód jest prosty: nie ma dwóch takich samych ludzi, więc nie ma dwóch takich samych pisarzy. Każdy sam musi sobie dobrać miejsce pracy, na własnej skórze wypróbować, które jest najlepsze.

Ja mam w domu trzy takie miejsca:

  • to, w którym właśnie siedzę w tej chwili, czyli weranda (widok na zieleń, odgłosy przyrody, a czasem kosiarki, przestrzeń, ale „czynna” tylko w sezonie, gdy palce nie przymarzają do klawiatury)
  • salon (wygodny fotel, stolik pod ręką, blisko do czajnika i herbaty, ale do wykorzystania tylko rano, albo jak rodziny nie ma w domu)
  • gabinet (teoretycznie najlepsze miejsce, bo mogę odciąć się od wszystkiego, ale nie mam tej przestrzeni, która jest werandzie i po napoje muszę ganiać na dół)

Zabieram też laptopa na wyjazdy i wtedy najczęściej też znajduję sobie coś odpowiedniego. Podstawowym kryterium jest wówczas możliwość wyłączenia z tego, co się naokoło dzieje.  Czyli wybiorę głośnych kibiców niemieckich (nie znam niemieckiego i potraktuję to jako szum), a nie naszych rodaków prowadzących ciekawą rozmowę, bo wtedy automatycznie (jak każdy chyba) zaczynam słuchać.

A dzisiaj piszę tutaj 🙂