Targi, targi i po targach.

Nie jestem targową weteranką, bo nie przepadam za tłumem. Na WTK byłam dopiero drugi raz zarówno jako człek piszący mający spotkania z czytelnikami, jak i namiętny czytelnik. Dla książek zniosę nawet tłum, tym bardziej, że w tym tłumie było sporo znajomych i to takich, których widuję przeważnie z okazji imprez książkowych.  W ogonkach do popisywania książek nie stałam, a sprytnie uzyskałam kilka podpisów (kolekcjonuję książki z wpisami) dopadając autorów poza godzinami dyżurów. A nie, skłamałam, do Marty (Guzowskiej) i Wojtka (Chmielarza) stałam karnie w kolejce. Nakupiliśmy cały stosik książek, chociaż założenia były inne (czytnik!!!), ale to zawsze się tak kończy. Było intensywnie i przyjemnie. Tylko dlaczego jest tak mało miejsc, gdzie można usiąść, odpocząć i porozmawiać? Było lepiej niż w zeszłym roku, ale nie idealnie. Żeby usiąść trzeba czasem oblecieć pół korony stadionu, co dla w pełni sprawnych bywa uciążliwe, a co dopiero dla osób starszych? A przecież jest kilka takich miejsc, gdzie można by było postawić krzesła, nie wspominając, że stadion jako taki dysponuje siedziskami  w ilości hurtowej. Tyle tylko, że można odpoczywać jedynie w wydzielonych sektorach 🙁

Ale i tak warto było pojechać 🙂