Czwartek ze zbrodnią (morderstwo na strychu)

Dzisiaj wpis dotyczący zbrodni, która miała miejsce prawie 100 lat temu.

W jeden z niewyróżniających się niczym marcowych dni AD 1922 jedna z mieszkanek gdańskiej kamienicy poszła powiesić właśnie zrobione pranie na strychu i praktycznie od razu po wejściu zauważyła leżące w jednej z komórek zwłoki. Przerażona zeszła na dół i powiadomiła właścicielkę boksu, która wezwała policję.

Policja przyjechała prawie natychmiast i obstawiła miejsce zbrodni chroniąc je przed zadeptaniem przez ciekawskich. Sprawa trafiła w ręce zajmującego się ściganiem najgroźniejszych przestępców komisarza Schmidta, który zaczął śledztwo od obejrzenia ciała. Ofiarą był chłopiec, a przyczyną zgonu ciosy w głowę zadane czymś twardym. Oględziny miejsca znalezienia zwłok od razu pozwoliły ustalić, że chłopak zginął gdzieś indziej, a do komórki został przeniesiony. Policja od razu zorientowała się też, że chłopak nie zginął na miejscu, a jego ciało zostało przeniesione. Pytanie brzmiało: skąd?

Odpowiedź na to mogły dać przesłuchania sąsiadów. Z ich wypowiedzi wynikało, że niedawno przed budynkiem kręcili się obcy mężczyźni, a w nocy słyszano hałasy na dachu. Mimo tego, komisarz nabrał wkrótce pewności, że mordercy należy szukać wśród mieszkańców kamienicy. Skąd bowiem ktoś inny wiedziałby, że na strychu można ukryć ciało? I czy obcy nie bałby się wchodzić z nieboszczykiem po schodach? Przecież mógł go zauważyć ktoś z sąsiadów. Na obcego wszyscy zwróciliby uwagę, ale na sąsiada już niekoniecznie.

W wyniku śledztwa okazało się, że zamordowany pracował jako chłopiec na posyłki i roznosił listy, papiery wartościowe oraz pieniądze po Gdańsku. Część pieniędzy, które miał tego dnia przy sobie została skradziona. Co ciekawe, zniknięcie chłopca już dwa dni wcześniej zgłosiła na policję jego babcia.

Podczas, gdy jego podwładni rozmawiali ze świadkami, komisarz Schmidt przeszukiwał strych i wbrew wcześniejszym podejrzeniom dochodził do wniosku, że do morderstwo doszło jednak tutaj. Wytrwale szukał miejsca, gdzie to nastąpiło, aż w końcu jego uwagę zwróciła komórka z wyłamanym skoblem.

Właścicielami komórki było małżeństwo, którego syn, podobnie jak zamordowany, pracował jako chłopak na posyłki. To, i zakrwawiona ściana w ich komórce zdawało się wyraźni wskazywać, gdzie należy szukać sprawcy. Niebawem okazało się, że podejrzany przez jakiś czas oszukiwał pracodawcę fałszując czeki. Gdy wyszło to na jaw, oszust został zwolniony, ale sprawa nie trafiła na policję, bo matka obiecała uregulować całą kwotę. Chłopak zdążył już jednak przyzwyczaić się do posiadania i wydawania pieniędzy większych niż te, które uczciwie zarabiał.

Zabił, żeby je ukraść.

Mimo ewidentnych dowodów (między innymi krwi na ubraniu) chłopak długo nie przyznawał się do winy, obciążał nią kogoś innego lub mówił, że tylko pomógł przenieść ciało i komisarz Schmidt musiał wykazać się cierpliwością i sprytem, żeby uzyskać przyznanie się do morderstwa.

Młodociany morderca został skazany na piętnaście lata więzienia, maksymalny wymiar kary dla nieletnich.